Czekam cały rok na tę noc... Dla mnie zaczarowaną...Wprawdzie ten rok nie był łaskawy i nie będzie nowej sukienki dla Basi, a prezenty pod choinką będą naprawdę symboliczne, ale...Liczy się co innego - Będziemy razem,chociaż nie wiem, czy w komplecie :(.. Będzie to "ssanie" odgórne i wielka cisza, powietrze będzie nasiąknięte spokojem i miłością...Będzie to samo skromne menu, które możemy zjeść bez krzywdy dla żołądka i nic nie wyrzucimy (Afryka w ten wieczór jest z nami, od lat...) Będzie śpiewanie kolęd... Kiedyś - z przyjaciółmi.. ale czasy się zmieniają in plus in minus... W Tym roku ostatni raz piękny , niepowtarzalny sopran mojej córci będzie tylko dla mnie,,, potem będzie... ........ I CUDOWNIE!!!! Że tak!!!
Oddech. Albo inaczej - TO, co zawiera się pomiędzy wdechem-wydechem. Taki cudowny stan,króciutka chwilka, kiedy zaspokoiliśmy jedną potrzebę (wciągnięcia w płuca powietrza)i jeszcze nie pojawiła się następna potrzeba- wypchnięcia powietrza z płuc.... Więc tak naprawdę nie czekam na wigilię i nie czekam na święta, czekam na to, co pomiędzy... Na to, co po wigilii, zanim stanie się dzień Bożego Narodzenia... A do tego wszystkiego, odkąd pamiętam, potrzebowałam odpowiedniej oprawy...Nie, żeby bez tego ta chwila nie zaistniała, nie... To wszystko materialne, dotykalne, pomaga mi sobie pewne rzeczy unaocznić, po prostu... Bywało różnie... Pamiętam lata, kiedy zwyczajnie nie stać nas było na choinkę i dlatego w jej roli występowały sosnowe gałązki, a prezenty były tylko hand made by Hanusia :) Potem już można było zakupić pewne gadżety - są z nami do dziś!!! Te same bombki, łańcuchy, kokardki (ale malusie:))Uzupełniane, gdy małe łapki niechcąco je niszczły i tłukły... Albo zastępowane aniołkami, na punkcie których mam kompletnego fioła :)
A w tym roku - o ironio! Choć zupełnie nas na to nie stać - Dom będzie udekorowany chyba jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek...
Od połowy listopada "produkowałam" dekoracje, które, miałam nadzieję, wprowadzą świąteczny klimat w czyimś domku... I... NIC! Patrzyłam na te wszystkie prace stojące w pracowni , których nikt nie chciał... i pomyślałam: szkoda, żeby na wigilię zostały tam samotne...NIE! Nie wszystkie mogę umieścić w moich wnętrzch, bo myślałam o różnych klimatach i różnych potrzebach ludzkich... Zabrałam te "moje"...
Światełek się stroi :)
Przed wejściem.. będą świece , to na pewno... Na kuli są światełka, brak fot :)
Wieniec adwentowy, który wisi od pierwszej niedzieli :)Na drzwiach się nie da, bo za dużo razy dziennie "trzaskają", nic się nie utrzyma :(
,
Tu witamy i żegnamy gości, jeszcze brak światła...
Wchodzimy do kuchni ...
Drugiej strony nie pokażę, bo... nie gotowa :)
Dalej mamy to, co w części jadalnej, jeszcze będzie żywe,w Lerschowym klimacie, aż mnie łapki swędzą, ale to w wigilię, zamiast choinki , która już ubrana... ale to za chwilę...
Teraz część salonowo -kominkowa, też niekompletna, został stół kawowy :)
Dalej okolice kominka ..
Odwracamy się w stronę choinki (sztuczna, niestety:( Baśka za każdym razem protestuje na żywą, chce ją dłuuuugo!)
A tu kawałeczek dolnej łazienki ... Wbrew pozorom, schodzi na rozstawianiu nawet gotowych dekoracji :)
Na dzisiaj tyle obfoconych miejsc... Dzień był łaskawy, ból pozwolił...
Jutro ... Zobaczę, co będzie jutro.
To, co dziś jest rzeczywistością, wczoraj było nierealnym marzeniem. — Paulo Coelho
To, co dziś jest rzeczywistością, wczoraj było nierealnym marzeniem. — Paulo Coelho
niedziela, 18 grudnia 2011
wtorek, 6 grudnia 2011
Czas nakręcony ...
Biegnę!!!!!!!!! A miało być spokojnie, powoli, z dystansem....Nie nadążam! Tyle rzeczy robię, tyle powinnam zrobić, tylu rzeczy nie zrobiłam... A powinnam.. Czasem chciałbym, ale nie mogę, czasem mogłabym, ale nie wiem od czego zacząć! Zamotałam się w supełek.
No trudno... Czy w dzienniku mogą pojawiać się dziury? Tak traktuję mojego bloga. Dziennik. Po to, żeby wrócić kiedyś, po czasie. Taki dziennik ilustrowany...
Dobrze, nie nadążam, na bieżąco nie dam rady (przynajmniej na razie), więc będę chwytać to, co zdążę uchwycić.
Dla czytających poprzedni post : na razie fotografii dokumentujących same dekoracje nie będzie, podaję link do strony ze zdjęciami z bajkowego ślubu . Klimat został uchwycony... Ale i tak patrząc na te wszystkie ujęcia wiem, że nie da się poczuć tego tak, jak czuli to wszyscy obecni na na tym ślubie : http://www.swiatlolap.pl/blog/index.php/2011/11/28/jas-i-malgosia/
To tyle odnośnie września.
Potem był październik. Szalony!!! Fotografii niet, bo ... czas pędził i popędzał. Powiem tylko w skrócie: spotkałam wielu ludzi, którym przyglądałam się z podziwem, sympatią, nadzieją, że skoro nie zmienili się przez tyle lat, to już się nie zmienią... Denerwowałam się na innych, którzy nałożyli maski i manipulowali innymi...Walczyłam z bólem najbliższych i systemem zdrowotnym...Miałam chwile wzlotów i przeżyłam dwa koszmarne upadki, które kosztowały mnie dwa tygodnie łez, choć nie czułam się do końca jedyną winną... (niedomówienia zawsze skutkują ... no czym? żalem , niezadowoleniem, negacją,złością, zazdrością )Przeżyłam. Nauki wyciągnęłam. Postanowienia powzięłam. Dzięki mojemu najlepszemu Przyjacielowi, Aniołowi Stróżowi, czyli Mężowi. Dotarłam do adwentu.
Do czasu oczekiwania. Czasu przygotowania. Czasu zawsze dla mnie magicznego.
Choćby dookoła wszystko pędziło, ja wsłuchiwałam się w siebie. W swój rytm. Boże Narodzenie to dla mnie magiczny czas.Pisałam już o tym. W tym miesiącu zawsze cudownie wynajdywałam czas. Nie jestem ortodoksyjną chrześcijanką, ale magia Świąt Bożego Narodzenia zawsze mnie urzekała. Od dziecka.
Wszystko zaczęło się w dzieciństwie... Od Elementarza Falskiego. A bliżej - od choinki z tego elementarza. Jest CUUUDNA! Jako dziecko marzyłam o takim klimacie. Zielonym drzewku rozświetlonym świeczkami, z łańcuchami, bombkami, prezentami pod nią... To były lata 70-te...gierkowski komunizm... Kto pamięta, ten wie... I mój dom rodzinny, który tak odbiegał od tej ilustracji..
Pracowałam w banku, pamiętacie? Moim klientem był Pan, który wydał w 20000 którymśtamroku Elementarz Falskiego jako egzemplarz dla Bibliofili... Podarował mi jego egzemplarz! Nie wiedział, jaką radość mi sprawił!!!!! Mnie i tym wszystkim koleżankom i kolegom, którym poleciałam natychmiast TO pokazać! Okazuje się, że wszyscy pamiętali inną stronę tej książki, inne wiersze...Tyle lat minęło... Ale pamiętali ! Swoje odczucia, swoje emocje z dzieciństwa.. Recytowali... Ale było cudnie!!!
I ta choinka z tego elementarza jest dla mnie życiową inspiracją, jak powinno wyglądać Boże Narodzenie.
Odkąd pamiętam, do TEGO WIECZORU I NOCY przygotowuję się starannie. Uwielbiam wszystko, co ten wieczór poprzedza. Stroiki adwentowe są rzeczą nieodzowną , bo one są tykaniem zegara
Mogą być różne, jak różni sa ludzie i ich potrzeby..
Takie wyprzedzające
trochę w klimacie, ale inne
Surowe
I takie misiowe, w moim klimacie..
Boże Narodzenie to czas, kiedy dookoła musi być ciepło!!!! Błyszcząco!!!! Z przepychem!!! Dostaję małpiego rozumu...Nigdy dość mi bajki...
Co roku produkuję masę dekoracji, umieszczam je wszędzie, nawet w WC...
Nawet nie wiedziałam jak tym emanuję... Do czasu, gdy...
Mój syn siadając do wigilijnego stołu powiedział : Mami, jest fajnie, ale czegoś mi brakuje....
Zdziwiłam się... wszystko TAK, czego mu brak???
W czasie kolacji odezwał się : WIEM! nie śpiewałaś kolęd przy sprzątaniu!!!
Wpadamy z pewnymi rzeczami w umysły dzieci...
Dobrze, jesli te rzeczy są piękne...
W moim domu nigdy nie było plastiku... NIGDY!!!! Nawet, gdy brakowało na jedzenie...
A jeśłi się pojawił... niczego nie udawał. BYŁ PLAStIKIEM.
No trudno... Czy w dzienniku mogą pojawiać się dziury? Tak traktuję mojego bloga. Dziennik. Po to, żeby wrócić kiedyś, po czasie. Taki dziennik ilustrowany...
Dobrze, nie nadążam, na bieżąco nie dam rady (przynajmniej na razie), więc będę chwytać to, co zdążę uchwycić.
Dla czytających poprzedni post : na razie fotografii dokumentujących same dekoracje nie będzie, podaję link do strony ze zdjęciami z bajkowego ślubu . Klimat został uchwycony... Ale i tak patrząc na te wszystkie ujęcia wiem, że nie da się poczuć tego tak, jak czuli to wszyscy obecni na na tym ślubie : http://www.swiatlolap.pl/blog/index.php/2011/11/28/jas-i-malgosia/
To tyle odnośnie września.
Potem był październik. Szalony!!! Fotografii niet, bo ... czas pędził i popędzał. Powiem tylko w skrócie: spotkałam wielu ludzi, którym przyglądałam się z podziwem, sympatią, nadzieją, że skoro nie zmienili się przez tyle lat, to już się nie zmienią... Denerwowałam się na innych, którzy nałożyli maski i manipulowali innymi...Walczyłam z bólem najbliższych i systemem zdrowotnym...Miałam chwile wzlotów i przeżyłam dwa koszmarne upadki, które kosztowały mnie dwa tygodnie łez, choć nie czułam się do końca jedyną winną... (niedomówienia zawsze skutkują ... no czym? żalem , niezadowoleniem, negacją,złością, zazdrością )Przeżyłam. Nauki wyciągnęłam. Postanowienia powzięłam. Dzięki mojemu najlepszemu Przyjacielowi, Aniołowi Stróżowi, czyli Mężowi. Dotarłam do adwentu.
Do czasu oczekiwania. Czasu przygotowania. Czasu zawsze dla mnie magicznego.
Choćby dookoła wszystko pędziło, ja wsłuchiwałam się w siebie. W swój rytm. Boże Narodzenie to dla mnie magiczny czas.Pisałam już o tym. W tym miesiącu zawsze cudownie wynajdywałam czas. Nie jestem ortodoksyjną chrześcijanką, ale magia Świąt Bożego Narodzenia zawsze mnie urzekała. Od dziecka.
Wszystko zaczęło się w dzieciństwie... Od Elementarza Falskiego. A bliżej - od choinki z tego elementarza. Jest CUUUDNA! Jako dziecko marzyłam o takim klimacie. Zielonym drzewku rozświetlonym świeczkami, z łańcuchami, bombkami, prezentami pod nią... To były lata 70-te...gierkowski komunizm... Kto pamięta, ten wie... I mój dom rodzinny, który tak odbiegał od tej ilustracji..
Pracowałam w banku, pamiętacie? Moim klientem był Pan, który wydał w 20000 którymśtamroku Elementarz Falskiego jako egzemplarz dla Bibliofili... Podarował mi jego egzemplarz! Nie wiedział, jaką radość mi sprawił!!!!! Mnie i tym wszystkim koleżankom i kolegom, którym poleciałam natychmiast TO pokazać! Okazuje się, że wszyscy pamiętali inną stronę tej książki, inne wiersze...Tyle lat minęło... Ale pamiętali ! Swoje odczucia, swoje emocje z dzieciństwa.. Recytowali... Ale było cudnie!!!
I ta choinka z tego elementarza jest dla mnie życiową inspiracją, jak powinno wyglądać Boże Narodzenie.
Odkąd pamiętam, do TEGO WIECZORU I NOCY przygotowuję się starannie. Uwielbiam wszystko, co ten wieczór poprzedza. Stroiki adwentowe są rzeczą nieodzowną , bo one są tykaniem zegara
Mogą być różne, jak różni sa ludzie i ich potrzeby..
Takie wyprzedzające
trochę w klimacie, ale inne
Surowe
I takie misiowe, w moim klimacie..
Boże Narodzenie to czas, kiedy dookoła musi być ciepło!!!! Błyszcząco!!!! Z przepychem!!! Dostaję małpiego rozumu...Nigdy dość mi bajki...
Co roku produkuję masę dekoracji, umieszczam je wszędzie, nawet w WC...
Nawet nie wiedziałam jak tym emanuję... Do czasu, gdy...
Mój syn siadając do wigilijnego stołu powiedział : Mami, jest fajnie, ale czegoś mi brakuje....
Zdziwiłam się... wszystko TAK, czego mu brak???
W czasie kolacji odezwał się : WIEM! nie śpiewałaś kolęd przy sprzątaniu!!!
Wpadamy z pewnymi rzeczami w umysły dzieci...
Dobrze, jesli te rzeczy są piękne...
W moim domu nigdy nie było plastiku... NIGDY!!!! Nawet, gdy brakowało na jedzenie...
A jeśłi się pojawił... niczego nie udawał. BYŁ PLAStIKIEM.
środa, 9 listopada 2011
Słoneczny poranek 15 września….
W pracowni Tomka czekało 4000 kwiatów …
I siedem par rąk mistrzowskich : przede wszystkim Maxa, który był sprawcą całego zamieszania, i wszystkich innych, którzy pomogli nadać jego pomysłom rzeczywisty kształt. Rąk florystów układających kompozycje w pewnych zamyślonych ramach ale w charakterystyczny dla siebie sposób i dwie pary rąk tych, co obcinały kwiaty, drutowały fiolki, podawały i były na wyciągnięcie mistrzowskiej ręki...
Kiedy usłyszałam : Hanusia rób tort, spłoszyłam się... No jak? Obok mnie pracują takie osobistości polskiej florystyki i i ja… tort? Ale po jakimś czasie stwierdziłam: dam radę, najwyżej ktoś powie : nie nadaje się i już... I zrobiłam "wesolutkiego Eda" ze spływającą nieregularnie bitą śmietaną:) Stanął na stole weselnym, więc źle do końca nie było?
Największym cuudum był kosciół....
Stalowe liny rozpięte w nawach, a na nich zawieszone na cieniutkich stalowych drucikach, fiolki z kwiatami...
Kompozycje powtarzały kształty elementów, na tle których zostały podwieszone : łuku tęczowego w wykonaniu Maxa i pomocników , odwrócony kształt kandelabrów : większego tworzonego przez Agnieszkę Mitko, Kasię Klubę przy nieocenionej pomocy Moniki Lamańskiej
i mniejszego, tworzonego przez Katarzynę Gretę Szymkowiak z pomocą Moniki i Kasi
, kompozycje podkreślające kinkiety na bocznych ścianach ,będących dziełem Edyty Zając - Chruściel, Moniki Wilgockiej i Huberta Lamańskiego , kompozycje na nawie głównej, zawieszone na ramionach kandelabrów, kompozycja na bazie rdestu stworzona przed ołtarzem głównym przez Edzię w takim tempie, że nie nadążałam z podawaniem i przycinaniem , kompozycje na ołtarz główny dwumetrowej wielkości tworzone przez Edytę i Monikę .
A nad wszystkim czuwało czujne oko Agi Mitko, której nie umknęło nic!!!! Wszystko musiało zostać perfekcyjnie wymodelowane, linie wyważone, no pełen profesjonalizm!!!!
Tak patrząc trochę z boku : ciężka, wielogodzinna praca zgranego zespołu florystów, zaangażowanie ze strony rodziny ( załatwianie drabin strażackich
, rusztowań, jeżdżenie za linami, złączkami i innymi „niezbędnikami”, dbanie o to, aby ta chmara ludzi nie padła z głodu
i zimna ) po to, aby na jedną godzinę przekształcić to miejsce w w … No właśnie , w CO???
Uwijaliśmy się trzy dni przy tej dekoracji
, ale efekt…NIESAMOWITY!!!!
Miałam tę niebywałą przyjemność kontemplowania wnętrza , zanim pojawili się w nim ludzie…
W ciszy… Z każdego zakątka , pod różnymi kątami patrzyłam… I …. Nie chciało mi się stamtąd wychodzić…
Nawet kościelny , który powinien być zdenerwowany, że zamiast wcinać rosół na obiad, siedzi i czeka, aż skończymy,po kolejnym telefonie warknął do słuchawki : przestań, skończę , to przyjdę!” i dalej rozglądał się dookoła…
Nie pokażę zdjęć gotowej dekoracji… na razie …
Zaczęłam dokumentować to, co się działo, ale w pewnym momencie mój aparat wylądował na ziemi i już więcej zdjęć nie zrobił… Muszę czekać na profesjonalne fotki…
Wiem od Tomka, że dekoracja zrobiła ogromne wrażenie i na gościach, i na proboszczu, który normalnie na dekoracje uwagi nie zwraca (kościół jest piękny sam w sobie [fakt!], nic dodawać nie trzeba), a podczas mszy trzy razy podkreślał niezwykłą aurę kwiatową panującą podczas ceremonii
Kościół został udostępniony do zwiedzania , choć normalnie jest zamykany…
Nie dziwię się…
Ja miałam takie odczucia, że po tych sznureczkach do nieba dojdą nawet najbardziej nieśmiałe szepty… A Pan Bóg patrząc na to, skąd przyszły, nie będzie miał siły odmówić… Toż przez jego naturę: harmonię i piękno przemówiły….
Sala w zamyśle miała być radosna, cukierkowa, cieplutka… I na słowo uwierzcie, taka była
Zastanawiałam się, czy w pewnym momencie goście nie zaczną częstować się tortami No wiem już, ,że się nie częstowali, ale po weselu zostały zapakowane i rozdane wśród gości weselnych… Niech umilają im czas jeszcze chwilę…
Tomku, jeszcze raz dziękuję za to, że mogłam tam być!!!!
A Ciebie jeszcze raz proszę: zostań SOBĄ!!! I TWÓRZ!!! Niech media kupują Twoje prace, ale nigdy NIE BĘDA MIAŁY CIEBIE!!! Duszy nie da się objąć ani okiem kamery, ani okiem obiektywu. Tego trzeba dotknąć... Nie wszyscy mają ten dar, by poczuć... Tak zbudowany jest świat...
I siedem par rąk mistrzowskich : przede wszystkim Maxa, który był sprawcą całego zamieszania, i wszystkich innych, którzy pomogli nadać jego pomysłom rzeczywisty kształt. Rąk florystów układających kompozycje w pewnych zamyślonych ramach ale w charakterystyczny dla siebie sposób i dwie pary rąk tych, co obcinały kwiaty, drutowały fiolki, podawały i były na wyciągnięcie mistrzowskiej ręki...
Kiedy usłyszałam : Hanusia rób tort, spłoszyłam się... No jak? Obok mnie pracują takie osobistości polskiej florystyki i i ja… tort? Ale po jakimś czasie stwierdziłam: dam radę, najwyżej ktoś powie : nie nadaje się i już... I zrobiłam "wesolutkiego Eda" ze spływającą nieregularnie bitą śmietaną:) Stanął na stole weselnym, więc źle do końca nie było?
Największym cuudum był kosciół....
Stalowe liny rozpięte w nawach, a na nich zawieszone na cieniutkich stalowych drucikach, fiolki z kwiatami...
Kompozycje powtarzały kształty elementów, na tle których zostały podwieszone : łuku tęczowego w wykonaniu Maxa i pomocników , odwrócony kształt kandelabrów : większego tworzonego przez Agnieszkę Mitko, Kasię Klubę przy nieocenionej pomocy Moniki Lamańskiej
i mniejszego, tworzonego przez Katarzynę Gretę Szymkowiak z pomocą Moniki i Kasi
, kompozycje podkreślające kinkiety na bocznych ścianach ,będących dziełem Edyty Zając - Chruściel, Moniki Wilgockiej i Huberta Lamańskiego , kompozycje na nawie głównej, zawieszone na ramionach kandelabrów, kompozycja na bazie rdestu stworzona przed ołtarzem głównym przez Edzię w takim tempie, że nie nadążałam z podawaniem i przycinaniem , kompozycje na ołtarz główny dwumetrowej wielkości tworzone przez Edytę i Monikę .
A nad wszystkim czuwało czujne oko Agi Mitko, której nie umknęło nic!!!! Wszystko musiało zostać perfekcyjnie wymodelowane, linie wyważone, no pełen profesjonalizm!!!!
Tak patrząc trochę z boku : ciężka, wielogodzinna praca zgranego zespołu florystów, zaangażowanie ze strony rodziny ( załatwianie drabin strażackich
, rusztowań, jeżdżenie za linami, złączkami i innymi „niezbędnikami”, dbanie o to, aby ta chmara ludzi nie padła z głodu
i zimna ) po to, aby na jedną godzinę przekształcić to miejsce w w … No właśnie , w CO???
Uwijaliśmy się trzy dni przy tej dekoracji
, ale efekt…NIESAMOWITY!!!!
Miałam tę niebywałą przyjemność kontemplowania wnętrza , zanim pojawili się w nim ludzie…
W ciszy… Z każdego zakątka , pod różnymi kątami patrzyłam… I …. Nie chciało mi się stamtąd wychodzić…
Nawet kościelny , który powinien być zdenerwowany, że zamiast wcinać rosół na obiad, siedzi i czeka, aż skończymy,po kolejnym telefonie warknął do słuchawki : przestań, skończę , to przyjdę!” i dalej rozglądał się dookoła…
Nie pokażę zdjęć gotowej dekoracji… na razie …
Zaczęłam dokumentować to, co się działo, ale w pewnym momencie mój aparat wylądował na ziemi i już więcej zdjęć nie zrobił… Muszę czekać na profesjonalne fotki…
Wiem od Tomka, że dekoracja zrobiła ogromne wrażenie i na gościach, i na proboszczu, który normalnie na dekoracje uwagi nie zwraca (kościół jest piękny sam w sobie [fakt!], nic dodawać nie trzeba), a podczas mszy trzy razy podkreślał niezwykłą aurę kwiatową panującą podczas ceremonii
Kościół został udostępniony do zwiedzania , choć normalnie jest zamykany…
Nie dziwię się…
Ja miałam takie odczucia, że po tych sznureczkach do nieba dojdą nawet najbardziej nieśmiałe szepty… A Pan Bóg patrząc na to, skąd przyszły, nie będzie miał siły odmówić… Toż przez jego naturę: harmonię i piękno przemówiły….
Sala w zamyśle miała być radosna, cukierkowa, cieplutka… I na słowo uwierzcie, taka była
Zastanawiałam się, czy w pewnym momencie goście nie zaczną częstować się tortami No wiem już, ,że się nie częstowali, ale po weselu zostały zapakowane i rozdane wśród gości weselnych… Niech umilają im czas jeszcze chwilę…
Tomku, jeszcze raz dziękuję za to, że mogłam tam być!!!!
A Ciebie jeszcze raz proszę: zostań SOBĄ!!! I TWÓRZ!!! Niech media kupują Twoje prace, ale nigdy NIE BĘDA MIAŁY CIEBIE!!! Duszy nie da się objąć ani okiem kamery, ani okiem obiektywu. Tego trzeba dotknąć... Nie wszyscy mają ten dar, by poczuć... Tak zbudowany jest świat...
wtorek, 1 listopada 2011
Wrzesień zapowiadał się nieciekawie....
1 września mój syn skręcił nogę na treningu.Ogromny ból, noga zablokowana, kolano jak bania.Tradycyjnie , moje dzieci chorują i uszkadzają się w godzinach, kiedy dostęp do państwowej opieieki medycznej jest mocno utrudniony. Trzy godziny spędziliśmy w ambulatorium chirurgicznym, żeby dowiedzieć się, że zmian kostnych nie ma, ale co jeszcze mogło się uszkodzić, nie wiadomo.... Bo gabinet USG pracuje tylko 6 godzin dziennie. W związku z tym wykonano tylko punkcję kolana i szykowano Grubego do zagipsowania nogi. Na szczęście trafiliśmy na młodego lekarza, jeszcze nie przeświadczonego o swojej nieomylności i bóstwie, który wyraził zgodę na moje sugestie, żeby od gipsowania odstąpić, dopóki nie sprawdzę, czy w kolanie coś jeszcze się nie popsuło. Dwa dni później, oczywiście na prywatnej wizycie ( na NFZ termin oczekiwania 2 tygodnie przy urazie sic!) bez żadnych dodatkowych urządzeń lekarz postawił diagnozę: na 99% zerwane więzadło krzyżowe tylne, złamana łąkotka, na 90% zerwane więzadło krzyżowe przednie. Konieczna operacja.Można tradycyjnie : rozpruć kolano w szpitalu w Kielacach, albo artroskopem... Ale na artroskop się czeka , bo są tylko dwa : Starachowice lub Końskie. Znowu mam fart: lekarz pracuje w placówce posiadającej to urządzenie. Dodatkowo jest w stanie zrozumieć sytuację dziecka : nowa szkoła, pierwszy rok, przedmioty zawodowe, trzymiesięczna nieobecność (wliczając pobyt w szpitalu i czas na dojście do siebie), to praktycznie przekreślenie jego "być" w tej szkole. Pomimo, ze już podjęlismy kroki o nauczanie indywidualne... Umawiamy się: On monitoruje, czy nie wypadł jakiś pacjent planowy (choroba, złe wyniki etc.), ja przygotowuję ekwipunek szpitalny i jestem gotowa na dostarczenie dziecka w ciagu dwóch godzin od jego telefonu , że można do szpitala.Jak na porodówkę, cholerka! W międzyczasie informacja : jedyne zlecenie ślubne na wrzesień zostało odwołane...Zła wiadomość dla mnie, ale rozumiem: W obliczu tragedii w rodzinie nikt nie myśli o zabawie...Nawet nie mam ochoty zachować zaliczki...
A w planach miałam, że to zlecenie pomoże mi sfinansować koszt udziału w warsztatach w Dąbrówce Kościelnej koło Gniezna...Wyjazd planowałam od wiosny...
We wrześniu wykonałam tylko jeden skromny bukiecik...
I tyle...
Zbliżał się termin wyjazdu, a ja biłam się z myślami...Mój Mąż, duszek nieoceniony widząc moje rozdarcie , jak zwykle poszedł w sukurs : chcesz jechać?
- No JAK???? BAAAArdzo!!!
- To jedź, jakoś damy radę...Nie musimy tyle jeść, przesuniemy płatności, z czegoś zrezygnujemy...Może z domu nas od razu nie wyrzucą pod most...,.
Rano wsiadłam do samochodu i zastanawiałam się, czego nie wzięłam... Jadąc chciałam ominąć remontowany most w Sulejowie i pojechałam objazdem... Nagle utknęłam w 4- kilometrowym korku na wahadle. Dzwoni telefon :
Pan doktor: proszę dostarczyc dziecko na zabieg.Jak będziecie na izbie, prosze zadzwonić wyjdę i pomogę.
Ok! Panie doktorze, tylko ja jestem 100 km od domu, dzwonić będzie mąż, ja nie zdążę dojechać.
Dzwonię do Miśka : startujcie, ja się dociągnę, jak uda mi się wydostać z tego korka.
Misiek: zgłupłaś?Jedziesz dalej, damy radę!!!To nie niemowlak...Nie musisz podawać mu piersi! Jedź i rozwijaj się!!
Chwila konsternacji :jak to?
Ale po chwili pomyślałam - ma rację! Nie zostawiłam dziecka bez opieki, ma 16 lat, Ojca, Siostrę, Prawieszwagra, a ja mam telefon...Moje Mądre Stworzenie!!!
Za pół godziny telefon: gdzie skierowanie?
O cholera!!!! No jak gdzie???? U mnie w torebce!!!!
-Zapytaj, czy może być od lekarza pierwszego kontaktu?
-Może.
-Jedź do naszej przychodni, załatwię!
Ubłagałam przez telefon panie w rejestracji, żeby porozmawiały z lekarzem, a ja im faksem prześlę kartę informacyjną z ambulatorium i skierowanie.
I wiecie co? W naszym kraju wysłanie faksu z urządzenia inego niż własne jest niemożliwe!!!! Ani urząd pocztowy, ani urząd gminy takiego faksu nie wyśle. Stacje benzynowe twierdzą, że nie posiadają.... Akurat!
Przez te cudawianki droga zjęła mi 6,5 godziny...
Rzutem na taśmę weszłam do placówki banku - niech będzie, że reklama - NORDEA to była. Pani przy stanowisku wytłumaczyłam, że ja, były bankowiec wiem, że fax posiadają na bank i ja jako koleżanka po fachu proszę o pomoc...
Ptrzesympatyczna kobitka wzięła ode mnie papiren i próbowała wysłać. Ale numer był zajęty, więc zaproponowała, że skseruje i będzie ponawiać co kwadrans.... Z całym zaufaniem zostawiłam jej to... Pieniędzy nie chciały.... Gniezno, to była ostatnia miejscowość, w której coś mogłam, dalej był brak zasięgu. Fax doszedł, DZIĘKI KOLEŻANKI!!!!
W Dąbrówce było... cudnie!!!
Takie bezzasięgowe miejsca nie robią już na mnie wrażenia, bo zafundowałam sobie coś w tym klimacie na codzień (z pełną świadomością konsekwencji życia w takim miejscu, wszystkich plusów i minusów)_, ale sama estetyka otoczenia zawsze działa na mnie...Dołóżmy do tego spotkanie osób, które do teraz były tylko wirtualne.... No i okazało się, że warto było jechać te prawie 400 km, żeby spotkać "drugiego człowieka", stwierdzić, że dom może być pod różnymi pojęciami, nauczyć się rzeczy, o których w żadnym podręczniku nie napisano słowa..Nauczyć się patrzenia przez obiektyw aparatu na swoje prace : AGnieszko dzięki za łopatologię :)
to dzięki Tobie tak przedstawiam moje prace...
Choć zdjęcie nie przedstawi nigdy całej prawdy, może ją przyblizyć.. Miałaś świętą rację!!!
Mogłam przy okazji tego spotkania wymienić się doświadczeniami...Choć moje sa ubogie, mam nadzieję, że ode mnie też ktoś coś wziął...
I nagle stojąc w tej przestrzeni ...
dzwoni telefon...
MAX???
Wprawdzie kiedyś rozmawialiśmy, że jeśli będzie potrzebna pomoc przy przygotowaniach do ślubu stulecia, to ja chętnie, a MAx - "na pewno zadzwonię"- ale traktowałam to kurtuazyjnie...
Międzynarodowy Mistrz Polski, Vice Mistrz Europy we Florystyce i ja????
Aż tu stoję w Dąbrówce, a MAx pyta, czy w czwartek mogę być?
Odpowiedź mogła paść jedna : TAK!!!!!
A potem taniec Indiański z przytupami!!!!!! Ludzie patrzyli jak na wariatkę!!!!!
A ja wiedziałam, że oto przede mną szansa na uczestnictwo w czymś, co zdarza się floryście raz, może dwa w życiu... Ogólny, mglisty zarys znałam z opowieści... Ale.... Cokolwiek by to było : miałam okazję pracować z MISTRZEM i z MISTZROWSKIM TEAMEM!!! Wiedziałam, że z tego wyjdzie COŚ NIESAMOWITEGO!!!!
Znów dylematy: Rodzina, obowiązki... Telefon do mojego FILARA: Wracam i jadę jutro do Maxa, co Ty na to?
Euforii nie było, ale było zrozumienie: Jedź! Damy radę!
Wróciłam do domu późno w nocy w środę,po drodze wemknęłam się do szpitala, do dziecka, żeby choć ucałować, dotknąć, popatrzeć w oczy, czy na pewno ok!,
W domu ucałowałam buziaki śpiące, przepakowałam się i rano pojechałam w drugą stronę...
Żeby nie zanudzać , na dziś tyle.. A dalej się działo...
A w planach miałam, że to zlecenie pomoże mi sfinansować koszt udziału w warsztatach w Dąbrówce Kościelnej koło Gniezna...Wyjazd planowałam od wiosny...
We wrześniu wykonałam tylko jeden skromny bukiecik...
I tyle...
Zbliżał się termin wyjazdu, a ja biłam się z myślami...Mój Mąż, duszek nieoceniony widząc moje rozdarcie , jak zwykle poszedł w sukurs : chcesz jechać?
- No JAK???? BAAAArdzo!!!
- To jedź, jakoś damy radę...Nie musimy tyle jeść, przesuniemy płatności, z czegoś zrezygnujemy...Może z domu nas od razu nie wyrzucą pod most...,.
Rano wsiadłam do samochodu i zastanawiałam się, czego nie wzięłam... Jadąc chciałam ominąć remontowany most w Sulejowie i pojechałam objazdem... Nagle utknęłam w 4- kilometrowym korku na wahadle. Dzwoni telefon :
Pan doktor: proszę dostarczyc dziecko na zabieg.Jak będziecie na izbie, prosze zadzwonić wyjdę i pomogę.
Ok! Panie doktorze, tylko ja jestem 100 km od domu, dzwonić będzie mąż, ja nie zdążę dojechać.
Dzwonię do Miśka : startujcie, ja się dociągnę, jak uda mi się wydostać z tego korka.
Misiek: zgłupłaś?Jedziesz dalej, damy radę!!!To nie niemowlak...Nie musisz podawać mu piersi! Jedź i rozwijaj się!!
Chwila konsternacji :jak to?
Ale po chwili pomyślałam - ma rację! Nie zostawiłam dziecka bez opieki, ma 16 lat, Ojca, Siostrę, Prawieszwagra, a ja mam telefon...Moje Mądre Stworzenie!!!
Za pół godziny telefon: gdzie skierowanie?
O cholera!!!! No jak gdzie???? U mnie w torebce!!!!
-Zapytaj, czy może być od lekarza pierwszego kontaktu?
-Może.
-Jedź do naszej przychodni, załatwię!
Ubłagałam przez telefon panie w rejestracji, żeby porozmawiały z lekarzem, a ja im faksem prześlę kartę informacyjną z ambulatorium i skierowanie.
I wiecie co? W naszym kraju wysłanie faksu z urządzenia inego niż własne jest niemożliwe!!!! Ani urząd pocztowy, ani urząd gminy takiego faksu nie wyśle. Stacje benzynowe twierdzą, że nie posiadają.... Akurat!
Przez te cudawianki droga zjęła mi 6,5 godziny...
Rzutem na taśmę weszłam do placówki banku - niech będzie, że reklama - NORDEA to była. Pani przy stanowisku wytłumaczyłam, że ja, były bankowiec wiem, że fax posiadają na bank i ja jako koleżanka po fachu proszę o pomoc...
Ptrzesympatyczna kobitka wzięła ode mnie papiren i próbowała wysłać. Ale numer był zajęty, więc zaproponowała, że skseruje i będzie ponawiać co kwadrans.... Z całym zaufaniem zostawiłam jej to... Pieniędzy nie chciały.... Gniezno, to była ostatnia miejscowość, w której coś mogłam, dalej był brak zasięgu. Fax doszedł, DZIĘKI KOLEŻANKI!!!!
W Dąbrówce było... cudnie!!!
Takie bezzasięgowe miejsca nie robią już na mnie wrażenia, bo zafundowałam sobie coś w tym klimacie na codzień (z pełną świadomością konsekwencji życia w takim miejscu, wszystkich plusów i minusów)_, ale sama estetyka otoczenia zawsze działa na mnie...Dołóżmy do tego spotkanie osób, które do teraz były tylko wirtualne.... No i okazało się, że warto było jechać te prawie 400 km, żeby spotkać "drugiego człowieka", stwierdzić, że dom może być pod różnymi pojęciami, nauczyć się rzeczy, o których w żadnym podręczniku nie napisano słowa..Nauczyć się patrzenia przez obiektyw aparatu na swoje prace : AGnieszko dzięki za łopatologię :)
to dzięki Tobie tak przedstawiam moje prace...
Choć zdjęcie nie przedstawi nigdy całej prawdy, może ją przyblizyć.. Miałaś świętą rację!!!
Mogłam przy okazji tego spotkania wymienić się doświadczeniami...Choć moje sa ubogie, mam nadzieję, że ode mnie też ktoś coś wziął...
I nagle stojąc w tej przestrzeni ...
dzwoni telefon...
MAX???
Wprawdzie kiedyś rozmawialiśmy, że jeśli będzie potrzebna pomoc przy przygotowaniach do ślubu stulecia, to ja chętnie, a MAx - "na pewno zadzwonię"- ale traktowałam to kurtuazyjnie...
Międzynarodowy Mistrz Polski, Vice Mistrz Europy we Florystyce i ja????
Aż tu stoję w Dąbrówce, a MAx pyta, czy w czwartek mogę być?
Odpowiedź mogła paść jedna : TAK!!!!!
A potem taniec Indiański z przytupami!!!!!! Ludzie patrzyli jak na wariatkę!!!!!
A ja wiedziałam, że oto przede mną szansa na uczestnictwo w czymś, co zdarza się floryście raz, może dwa w życiu... Ogólny, mglisty zarys znałam z opowieści... Ale.... Cokolwiek by to było : miałam okazję pracować z MISTRZEM i z MISTZROWSKIM TEAMEM!!! Wiedziałam, że z tego wyjdzie COŚ NIESAMOWITEGO!!!!
Znów dylematy: Rodzina, obowiązki... Telefon do mojego FILARA: Wracam i jadę jutro do Maxa, co Ty na to?
Euforii nie było, ale było zrozumienie: Jedź! Damy radę!
Wróciłam do domu późno w nocy w środę,po drodze wemknęłam się do szpitala, do dziecka, żeby choć ucałować, dotknąć, popatrzeć w oczy, czy na pewno ok!,
W domu ucałowałam buziaki śpiące, przepakowałam się i rano pojechałam w drugą stronę...
Żeby nie zanudzać , na dziś tyle.. A dalej się działo...
sobota, 10 września 2011
Trzeci późnoletni kameralny koncert Wołosatkek na Światełku...a w tle
Wspomnienia........
Lata nastoletnie, Bieszczady i wędrówki, zmagania z ciałem i jego ułomnościami...
Jak Agnieszka Osiecka snuła opowieści o podróżach polewaczką, tak ja mogę snuć opowieści o otwieraniu puszki zawierającej śledzia w sosie pomidorowym za pomocą siekiery,bo nikt nie pomyślał, żeby do pracy w lesie zabrać nóż chociażby.. o patrolach, które powinny przebiegać szlakami, a kończyły się trasą na azymut wyznaczaną na podstawie zegarka elektronicznego hi, hi... i obiadu nie było... A wtedy telewizja miała w stanicy kręcić materiał do Teleferii (ciekawam, czy ktoś pamięta jeszcze Teleferie?) więc na obiad szefowa popisowe bitki z cebulą zapowiedziała . MNIAM!!! Ominęły nas bitki, ale nurzanie się w mchach po uda już nie( choć wydawało się, że równo jest :) )Tak samo potykanie się o pnie zwalonych drzew, które nie zapowiadały, że pod nimi jeszcze piętro mchu czatuje !
Nocne wyprawy na cmentarz ukraiński w Berehach i cudowne pomysły moich kolegów, które spowodowały, że swoim wrzaskiem wypłoszyłam wszystkie wilki z okolicy! (twierdzili potem, ,że w tym celu zorganizowali się w zombi :). Tak naprawdę miałam być omdlałą białogłową, którą uratuje dzielny książę i wreszcie się zacznie!!!! Nie przewidzieli, ile pary w płucach posiadam i jakie pomysły mogą mi przyjść do głowy w desperacji :) Książę dostał, co chciał - do kontaktu doszło, tyle że o mały włos naprawdę nie stracił głowy:)
Moje Bieszczady.. to przestrzeń, wolność, nie dająca się okiełznać przyroda... Wibrująca odgłosami natury cisza..
Ustrzyki Górne - przestrzeń okolona żerdziami , z kioskiem RUCHU , pocztą czynną do 13, polem namiotowym z ekskluziwem, czyli metalowymi rynnami z bieżącą wodą z Wołosatki i Bar Pulpit...
Turyści - tylko ci najwytrwalsi - docierający z plecakami albo na piechotę, albo jedynym dziennie kursem PKS z Ustrzyk Dolnych, do których pociąg do Zagórza jechał całą dobę niemalże...
I Antek Piekło... O którym wiem, ze wciąż jest, dzięki Wołosatkom wiem..
Czy komuś jeszcze pokazał cmentarzysko motyli? Polanę kilometrowej wielkości zasłaną ich różnokolorowymi skrzydłami, bo tam przylatywały , aby umrzeć??? Sama chciałabym ...
Myślę, że mało osób dotarło do tego miejsca, bo... Jest nie na pokaz...Trzeba było sobie na nie zasłużyć,trzeba było umieć przekonać Antka, że warto je pokazać... Jak? Sama nie wiem..To się stało... Ale choć minęło ponad 20 lat, ciągle wstrzymuję oddech na samo wspomnienie tego obrazu... Tylko Antek wie jak do niego poprowadzić.. No i właśnie... Czy motyle dalej mają to miejsce? A może hotel tam stanął ????
Moje Bieszczady...Ta dzikość, o której pisał Stendhal. Jego filozofia i wiersze są ze mną zawsze....Może dlatego w starciu z tym, co dookoła tak ciężko..
Ale moich Bieszczad już nie ma.. są zdjęcia i wspomnienia..
Dziasiaj.... Jest inaczej...
Wszystko to piękne,bo w tle Bieszczady...
Ale tego obozu już nie ma...
Tych podchodów, tego roztrząsania dylematów egzystencjonalnych z nogami zanurzonymi w paraliżująco zimnym nurcie Wołosatki na jej 4 kilometrze biegu : lepiej nam, bo po wojnie, czy tym, co w powstaniu byli... Jak lepiej żyć...
Szukając swoich "Małych Bieszczad" gdzieś w tle zawsze towarzyszył mi ten wiersz :
Dookoła mgła
Jak długo pisana mi jeszcze włóczęga?
Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni.
Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka.
I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi!
Lecz gdzie jest ten dom, jak tam idzie się doń?
Gdzie jest ta stanica, gdzie progi te są?
Tam most jest na rzece, za rzeką jest sad;
Tam próżnia się kończy, zaczyna się świat.
Lecz gdzie rzeka ta, gdzie rzucony jest most?
Gdzie sad ten jest biały, jabłonki gdzie są?
Na drzewach owoce i strąca je wiatr,
Do kosza je zbiera ta ręka jak kwiat.
Te strony gdzieś są, gdzieś daleko za mgłą,
Więc idę i dalej przedzieram się wciąż.
Zbierają się ptaki, ruszają na szlak,
Już lecą, wprost lecą, nie błądzą jak ja.
Jak długa pisana mi jeszcze włóczęga?
Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni.
Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka,
I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi!
I los zakulał mnie do mojego miejsca na ziemi.
Dlatego tak cieszę się kiedy Wołosatki w składzie dla mnie najważniejszym, moim "złotym rdzeniu" przyjeżdżają do nas co roku!!!
Te piosenki grane i śpiewane z akompaniamentem deszczu , - Dominiku, Klaudio, może dlatego "Taki spacer" brzmi jeszcze piękniej, gdy krople w tle...
Śpiewane tylko dla nas... Dla mnie!!!..
Wiem, że gdyby nie Olga, tego wszystkiego by nie było, ale... JEST!!!
I choćby miała to być tylko kurtuazja, ja naprawdę , naprawdę cieszę się z tych chwil, które dzięki Wam znów wykradam z samego serca losu...
Cieszę się, że myślicie o tym miejscu DOM!
Niech zawsze dla was będzie takim punktem, do którego możecie wrócić i za płotem zostawić wszystko, co niepotrzebne,. co obciąża..
Mam świadomość, że obcuję z talentami nieprzęciętnymi !!!! Jak list w butelce, rzucam w czeluść internetu, dla potomnych i biografów informację : TOMASZ GRZYBOWSKI, KLAUDIA POLAK (GRZYBOWSKA :)) i DOMINIK SKRZYNIARZ GRALI I ŚPIEWALI PRZY OGNISKU W śWIATEŁKU różne rzeczy, a wszystko słyszała Puszcza Jodłowa!!!!
Dziękuję WAM za chwile, które poruszają najbardziej ukryte warstwy serca...
Dziękuję wam za MUZYKĘ!!!!
Lata nastoletnie, Bieszczady i wędrówki, zmagania z ciałem i jego ułomnościami...
Jak Agnieszka Osiecka snuła opowieści o podróżach polewaczką, tak ja mogę snuć opowieści o otwieraniu puszki zawierającej śledzia w sosie pomidorowym za pomocą siekiery,bo nikt nie pomyślał, żeby do pracy w lesie zabrać nóż chociażby.. o patrolach, które powinny przebiegać szlakami, a kończyły się trasą na azymut wyznaczaną na podstawie zegarka elektronicznego hi, hi... i obiadu nie było... A wtedy telewizja miała w stanicy kręcić materiał do Teleferii (ciekawam, czy ktoś pamięta jeszcze Teleferie?) więc na obiad szefowa popisowe bitki z cebulą zapowiedziała . MNIAM!!! Ominęły nas bitki, ale nurzanie się w mchach po uda już nie( choć wydawało się, że równo jest :) )Tak samo potykanie się o pnie zwalonych drzew, które nie zapowiadały, że pod nimi jeszcze piętro mchu czatuje !
Nocne wyprawy na cmentarz ukraiński w Berehach i cudowne pomysły moich kolegów, które spowodowały, że swoim wrzaskiem wypłoszyłam wszystkie wilki z okolicy! (twierdzili potem, ,że w tym celu zorganizowali się w zombi :). Tak naprawdę miałam być omdlałą białogłową, którą uratuje dzielny książę i wreszcie się zacznie!!!! Nie przewidzieli, ile pary w płucach posiadam i jakie pomysły mogą mi przyjść do głowy w desperacji :) Książę dostał, co chciał - do kontaktu doszło, tyle że o mały włos naprawdę nie stracił głowy:)
Moje Bieszczady.. to przestrzeń, wolność, nie dająca się okiełznać przyroda... Wibrująca odgłosami natury cisza..
Ustrzyki Górne - przestrzeń okolona żerdziami , z kioskiem RUCHU , pocztą czynną do 13, polem namiotowym z ekskluziwem, czyli metalowymi rynnami z bieżącą wodą z Wołosatki i Bar Pulpit...
Turyści - tylko ci najwytrwalsi - docierający z plecakami albo na piechotę, albo jedynym dziennie kursem PKS z Ustrzyk Dolnych, do których pociąg do Zagórza jechał całą dobę niemalże...
I Antek Piekło... O którym wiem, ze wciąż jest, dzięki Wołosatkom wiem..
Czy komuś jeszcze pokazał cmentarzysko motyli? Polanę kilometrowej wielkości zasłaną ich różnokolorowymi skrzydłami, bo tam przylatywały , aby umrzeć??? Sama chciałabym ...
Myślę, że mało osób dotarło do tego miejsca, bo... Jest nie na pokaz...Trzeba było sobie na nie zasłużyć,trzeba było umieć przekonać Antka, że warto je pokazać... Jak? Sama nie wiem..To się stało... Ale choć minęło ponad 20 lat, ciągle wstrzymuję oddech na samo wspomnienie tego obrazu... Tylko Antek wie jak do niego poprowadzić.. No i właśnie... Czy motyle dalej mają to miejsce? A może hotel tam stanął ????
Moje Bieszczady...Ta dzikość, o której pisał Stendhal. Jego filozofia i wiersze są ze mną zawsze....Może dlatego w starciu z tym, co dookoła tak ciężko..
Ale moich Bieszczad już nie ma.. są zdjęcia i wspomnienia..
Dziasiaj.... Jest inaczej...
Wszystko to piękne,bo w tle Bieszczady...
Ale tego obozu już nie ma...
Tych podchodów, tego roztrząsania dylematów egzystencjonalnych z nogami zanurzonymi w paraliżująco zimnym nurcie Wołosatki na jej 4 kilometrze biegu : lepiej nam, bo po wojnie, czy tym, co w powstaniu byli... Jak lepiej żyć...
Szukając swoich "Małych Bieszczad" gdzieś w tle zawsze towarzyszył mi ten wiersz :
Dookoła mgła
Jak długo pisana mi jeszcze włóczęga?
Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni.
Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka.
I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi!
Lecz gdzie jest ten dom, jak tam idzie się doń?
Gdzie jest ta stanica, gdzie progi te są?
Tam most jest na rzece, za rzeką jest sad;
Tam próżnia się kończy, zaczyna się świat.
Lecz gdzie rzeka ta, gdzie rzucony jest most?
Gdzie sad ten jest biały, jabłonki gdzie są?
Na drzewach owoce i strąca je wiatr,
Do kosza je zbiera ta ręka jak kwiat.
Te strony gdzieś są, gdzieś daleko za mgłą,
Więc idę i dalej przedzieram się wciąż.
Zbierają się ptaki, ruszają na szlak,
Już lecą, wprost lecą, nie błądzą jak ja.
Jak długa pisana mi jeszcze włóczęga?
Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni.
Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka,
I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi!
I los zakulał mnie do mojego miejsca na ziemi.
Dlatego tak cieszę się kiedy Wołosatki w składzie dla mnie najważniejszym, moim "złotym rdzeniu" przyjeżdżają do nas co roku!!!
Te piosenki grane i śpiewane z akompaniamentem deszczu , - Dominiku, Klaudio, może dlatego "Taki spacer" brzmi jeszcze piękniej, gdy krople w tle...
Śpiewane tylko dla nas... Dla mnie!!!..
Wiem, że gdyby nie Olga, tego wszystkiego by nie było, ale... JEST!!!
I choćby miała to być tylko kurtuazja, ja naprawdę , naprawdę cieszę się z tych chwil, które dzięki Wam znów wykradam z samego serca losu...
Cieszę się, że myślicie o tym miejscu DOM!
Niech zawsze dla was będzie takim punktem, do którego możecie wrócić i za płotem zostawić wszystko, co niepotrzebne,. co obciąża..
Mam świadomość, że obcuję z talentami nieprzęciętnymi !!!! Jak list w butelce, rzucam w czeluść internetu, dla potomnych i biografów informację : TOMASZ GRZYBOWSKI, KLAUDIA POLAK (GRZYBOWSKA :)) i DOMINIK SKRZYNIARZ GRALI I ŚPIEWALI PRZY OGNISKU W śWIATEŁKU różne rzeczy, a wszystko słyszała Puszcza Jodłowa!!!!
Dziękuję WAM za chwile, które poruszają najbardziej ukryte warstwy serca...
Dziękuję wam za MUZYKĘ!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)























